BRACTWO RATOWANIA DUSZ OD POTĘPIENIA WIECZNEGO




ŚWIADECTWA
WIARY

BOŻE MIŁOSIERDZIE W ŻYCIU CZŁOWIEKA - ŚWIADECTWA WIARY

   Wspaniała perspektywa życia wiecznego jest przeznaczona dla każdego, kto porzuci grzech i przyjmie Miłosierdzie Boże. Wiemy, że bez odcięcia się od zła od grzechu nie ma nawrócenia, czyli nie ma przemiany serca, a co za tym idzie i przemiany postępowania. I na tym właśnie zależy szatanowi – by człowiek pozostał w stanie grzechu do śmierci i by w tym stanie odszedł z tego świata nie pojednawszy się z Bogiem i przez to potępił się na wieki trafiając do piekła. Dlatego zły duch robi wszystko, co w jego mocy, by zwieść i oszukać każdego z nas na różne pokrętne sposób i trzeba przyznać, że niestety często się mu to udaje. Widzimy przecież nader często, jak wielu ludzi boryka się z tragicznymi konsekwencjami grzechu, często nie wiedząc jak z tego trudnego położenia się wydostać. Dlatego musimy podać im pomocną, podać ją wszystkim, którzy są pogrążeni w mrokach grzechu i rozpaczy. Nie możemy przecież pozostawić ich samym sobie, by zginęli na wieki. Nieść pomoc dla zagrożonych wiecznym potępieniem to wypraszać Miłosierdzie Boże.

   Zamieszczone poniżej świadectwa można podzielić na dwie grupy. Pierwsza z nich to świadectwa osób, które żyjąc w zgodzie z Bożymi Przykazaniami, czyli w stanie łaski uświęcającej wypraszały dla innych łaskę przemiany i powrotu do Boga. Natomiast drugą grupę stanowią świadectwa ludzi nawróconych opisujących swoją wewnętrzną przemianę. Te świadectwa prawdziwych nawróceń są dowodem na działanie Miłosierdzia Bożego w duszach ludzi, którzy będąc daleko od Pana Boga i Kościoła nawrócili się. Gdyby zabrakło modlitwy, nie wiadomo jak potoczyłyby się ich losy. W pewnym momencie dzięki poznaniu idei Bractwa spojrzeli w wieczność i z pewnością zobaczyli tam siebie. To był ten wielki impuls, by postanowić poprawę i porzucić dotychczasowe grzeszne życie, odcinając się tym samym całkowicie od zła, które popełniali. Ta niezwykła przemiana sprawiła, że rozpoczęli tym samym nową drogę, teraz już z Bogiem ku wieczności.

Świadectwo ks. Jana

   W 2002 roku, niemal tuż po święceniach kapłańskich, podjąłem kilkudniową posługę kapelana w brzozowskim szpitalu. Przemierzając z Najświętszym Sakramentem szpitalne korytarze, budowałem się wiarą cierpiących ludzi oraz chrześcijańskim czynem miłosierdzia ich bliskich. Doświadczenie dostrzeganej niemal na każdym kroku potęgi wiary przerwało niezwykle trudne i bolesne wydarzenie. Było nim odrzucenie Jezusa obecnego w Eucharystii i bluźnierstwa, jakie usłyszałem na jednej z sal.

   Sędziwy mężczyzna, kiedy zobaczył młodego księdza z Najświętszym Sakramentem, z trudem (jego stan był bardzo poważny; umierał), resztkami sił zdobył się na krzyk dezaprobaty, a nawet nienawiści. Początkowo sądziłem, że wyrażał on wyłącznie grymas bólu, być może uprzedzenia wobec mnie, młodego księdza. Pacjenci wyjaśnili, że konający wielokrotnie już dawał do zrozumienia, że nie wierzy, nie życzy sobie daru Komunii Świętej. Przerażenie mieszało się u mnie z bezradnością i obawą o jego zbawienie. Kierowany intuicją i wspomnieniem heroicznej służby ks. Tomasza (poprzedniego kapelana szpitala) poszedłem się „wyżalić” i poszukiwać pociechy. Świątobliwy (jeszcze żyjący, choć w ciężkim obecnie stanie) duchowny z uśmiechem na twarzy, jakby pewnością proroka i przyszłych wydarzeń, które nadejdą, zachęcił mnie, abym wezwał chorych przez radiowęzeł do ufnej modlitwy za osobę Bogu wiadomą, umierającą, a pozostającą w wyraźnej „opozycji” wobec przychodzącego Boga. Powątpiewając, kierowany lojalnością wobec ks. Tomasza, wypowiedziałem wieczorną intencję. Rozpoczęliśmy modlitwę Koronką do Miłosierdzia Bożego. Zebrani chorzy, być może i z tymi, którzy łączyli się za pomocą szpitalnego radiowęzła, ofiarowali ,oprócz ufnej modlitwy, również swoje cierpienie w intencji pojednania się anonimowego grzesznika z Bogiem.

   Dzień później, ok. godz.8.40 ,otrzymałem wezwanie do szpitala. Na stoliku w zakrystii widniała kartka z nazwiskiem umierającego i numerem sali. Dosyć szybko pokojarzyłem, że to „zagubiony”, umierający, krzyczący starzec. Opieszale i z niedowierzaniem zatelefonowałem na odział, informując, że nie można „na siłę” udzielać sakramentów komuś, kto będąc tego świadomym, wyraźnie sobie tego nie życzył. Zatroskane panie z personelu medycznego zagwarantowały, że pytały mężczyznę „o księdza”, jak zwykło się czynić w takich przypadkach. Skinął głową. Przynaglony zapewnieniem pań pielęgniarek, udałem się do chorego. Rozpocząłem modlitwę. Po chwili dołączyła żona i córka umierającego. Na krótką chwilę odzyskał świadomość. Wszyscy bliscy i personel opuścili salę. Zamieniła się w konfesjonał. Po godzinie 14.00 mężczyzna zmarł.

   Małżonka wspominała, że nie korzystał z sakramentów 47 lat. Moment śmierci stał się dla niego bramą. Być może początkowo zamkniętą, nie wiem. Natomiast mam pewność płynącą z wiary, że gorliwa modlitwa za konającego, ofiarnicze cierpienie chorych wyjednało mu łaskę miłosierdzia i, jak ufam, otwartych drzwi do „świata”, gdzie nie było już smutku ani łez.

KRZYSZTOF

   „Odejdźcie ode mnie złe duchy” - to były ostatnie wypowiedziane słowa mojej babci. Zaskoczyły i zadziwiły one czuwających przy umierającej. Babcia była, bowiem osobą niezwykle pobożną nie tylko w modlitwie ale i w czynach. Świadoma nadchodzącej śmierci była do niej przygotowana. W ostatnich godzinach życia straciliśmy z nią kontakt słowny. Co jakiś czas jej usta wypowiadały urywki litanii, a na koniec przytoczone na początku słowa. Wtedy nie byłem świadomy, że toczy ona ostatni duchowy bój. Teraz już wiem jak bardzo modlitwa obecnych przy naszej babci bliskich przydała się jej.

KOBIETA, 36 LAT

   Nie chodziłam do Kościoła ponad 10 lat. Nie przystępowałam do spowiedzi, nie modliłam się, obojętne mi się stały praktyki religijne. Nie interesowałam się religijnym wychowaniem moich dzieci, nie obchodziło mnie, co robią i co się z nimi dzieje. Dziś wiem, że oszukiwałam najbliższych, a przede wszystkim samą siebie. Musiała się wydarzyć tragedia w mojej rodzinie, żebym zrozumiała swój wielki błąd. Pochowałam syna i ciągle się kłóciłam z Bogiem „dlaczego mi zabrał dziecko”. Moje dzieci nie chodziły do Kościoła. Nie dbałam o ich religijne wychowanie. Któregoś dnia dowiedziałam się, że w mojej parafii ksiądz odprawia Mszę św. „O uproszenie Miłosierdzia Bożego dla konających w grzechach śmiertelnych oraz tych, którzy zamierzają się targnąć na swoje życie”. Poszłam z ciekawości na taką Mszę, aby jak wtedy sądziłam „dowalić Bogu”. Siedziałam w ławce patrząc na ludzi, którzy zaczęli odmawiać Koronkę do Miłosierdzia Bożego. W czasie Mszy św. coś się zaczęło ze mną dziać. Było mi strasznie gorąco i w czasie Komunii św. zaczęłam płakać. Zrozumiałam, że mam jeszcze jedno małe dziecko i muszę mu przekazać wiarę w Boga, nauczyć modlitw (bo do tej pory nie umiało zrobić znaku krzyża), a co najważniejsze chodzić z nim na Mszę, bo tu Bóg pokazuje jak bardzo nas kocha.

MĘŻCZYZNA, 29 LAT

   Jestem alkoholikiem. Nie obce są mi narkotyki. Moje życie, takie prawdziwe rozpoczęło się w kwietniu 2016r. Wtedy zaczęło się coś ze mną dziać. Byłem słaby, znerwicowany, słyszałem jakieś głosy za sobą, bałem się, że ktoś za mną chodzi. Chciałem się targnąć na swoje życie. Nie chciałem i nie umiałem tak żyć. Kolega mi poradził, żebym poszedł do księdza porozmawiać, bo słyszał, że w kościele za takich jak ja, którzy chcą się targnąć na swoje życie, są odprawiane Msze św. Poszedłem. Długo rozmawialiśmy i w końcu postanowiłem się wyspowiadać. Strasznie dawno nie byłem u spowiedzi (chyba 15 lat temu). Dziś staram się być innym człowiekiem. Nadal walczę ze swoimi słabościami, ale staram się dużo modlić, uczestniczę we Mszach św. Wierzę, że Bóg dał mi drugą szanse i muszę ją z Jego pomocą wykorzystać.

POZOSTAŁE ŚWIADECTWA

   Pewna osoba zapisała się do Bractwa, mając trzydzieści kilka lat. Modliła się z nami w intencji o uproszenie Bożego Miłosierdzia dla konających, zwłaszcza w grzechach śmiertelnych, oraz za tych, którzy powzięli myśl o targnięciu się na życie. Modlitwy Bractwa najczęściej odmawiała wieczorem. Pewnego dnia, kiedy jak zwykle planowała modlić się o stałej porze, poczuła wewnętrzny przymus odmówienia modlitw po południu. Jakby coś jej mówiło: „Nie potem, tylko teraz”. Zaczęła się więc modlić. Kiedy skończyła, ktoś z rodziny przybiegł z informacją, że pewna osoba z bliskiego otoczenia targnęła się na swoje życie. To jest niesamowite, w momencie, kiedy tamta osoba umierała, ktoś mówił do niej: „Idź i odmów tę modlitwę”. Natchnienia istnieją, tylko człowiek musi być na nie otwarty.

   Inny fakt? Mężczyzna bardzo pobożny, rzetelny, pojechał do Stanów Zjednoczonych i z powodu zmęczenia zapomniał o tej modlitwie. Opowiada, że coś go przebudziło w nocy i wtedy odmówił modlitwy z Bractwa. Popatrzył na zegarek i poszedł spać. Potem okazało się, że właśnie w tym momencie, kiedy obudził się i odmówił modlitwy, wydarzyła się katastrofa pod Smoleńskiem. W chwili, gdy on modlił się za konających, tamci ludzie umierali. Dla ducha przestrzeń nie istnieje, jak wspomina Faustyna. Człowiek, będąc w Krakowie czy Warszawie, może wpływać na los wieczny innych, którzy niekiedy mieszkają nawet na drugim końcu świata, właśnie przez modlitwę i ofiarowane cierpienie.